Rychło w czas ogarnąłem, że dawno nie mieliście kolejnej porcji jadu i nienawiści oraz abstrakcyjnego strachu do swoich starych, więc przynoszę Wam kolejny GreenWord - cykl w którym nikt nie dba o to, że jesteś głodny, a Twoi rodzice zrobili Cię przez przypadek. Dzisiaj dowiecie się nieco o największej pladze pięknej pory roku jakim jest wiosna, parę kurew padnie a propos euro dwa tysiące i dwanaście oraz mentalności polskich internautów. Stoisz przed dwoma wyborami - albo to czytasz albo wciągasz sproszkowaną chusteczkę higieniczną dupą przez nos.
Tak kończy się debiutancki album greckiego duetu Hail Spirit Noir i te same słowa będzie skandował każdy, kto posłucha tej, jednej z najbardziej oryginalnych płyt metalowych ostatnich lat.
maqu's Top 11: Najbardziej Przereklamowane Zespoły na Świecie
W kolejnej odliczance zajmę się projektami muzycznymi, o których usłyszeć możemy w najlepszym czasie antenowym radia i telewizji, takich, których świadom jest nawet Pan Andrzej spod biedronki, który za 4 złote zbudowałby Ci kosmiczny wahadłowiec, a ich logo widziały panny ssące klamkę w drzwiach z napisem "ciągnąć". Takie, których istnienia świadoma jest spora część populacji, ale jednocześnie, które na swój status nie zasłużyły, lub zasłużyły tylko połowicznie. Zespoły korzystające z ludzkiej głupoty i ich tendencji do łykania wszystkiego, o czym powie Hirek Wrona w teleekspresie albo robert makłowicz w reklamie tesco. Nie będę ukrywał, że lista jest oczywiście subiektywna, i pewnie część osób będzie w oko kolała, ale jestem wręcz przekonany, że każdy z zawartych tu przykładów przereklamowania znalazł się tutaj nie bez powodu. Nadmienię też, że ograniczę się tu do rockowych i metalowych ekip, dając spokój zjawiskom takim, jak Radiohead, Coldplay, Rihanna czy Adele, bo powody ich popularności dotyczą tylko i wyłącznie ignorancji i głupoty ludzkiej, więc nie ma co się rozwodzić. Liczę też na jakieś wasze propozycje podobnych grup, którym taki rozgłos, jakim cieszą się obecnie, jest całkowicie nie zasłużony. Czytaj dalej!
Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, że wśród płyt, o których słyszała mikronowa część populacji często można znaleźć rzeczy na dźwięk których szczęka biega po podłodze a penis twardnieje niczem puszka coca-coli w zamrażalniku. Powiem szczerze, że takie płytki (tzw. z dupy, znikąd), kiedy dadzą pokaz swojej jakości cieszą mnie dużo bardziej niż solidne płyty uznanych, oczekiwanych mistrzów gatunku (vide Morbid Angel MUAHAHAHAHA!111). Jeśli skończyłeś chociaż jedną klasie w podstawówce już wiesz, że ta recenzja będzie traktowała o jednym z takich albumów. Albumów, o których, gdyby nie ja, nigdy byś kurwa nie usłyszał. Wiem, jestem Twoim Bogiem, wieczorem ciągniesz.
O dwóch takich ostatnich płytach, które się udały.
O dwóch takich ostatnich płytach, które się udały.
Początkowo chciałem rozdzielić to na dwie, sentymentalne recenzje, ale w pewnym momencie zrozumiałem jak wiele te dwa albumy mają ze sobą wspólnego, chociaż przecież muzycznie trzymały się innych ram. Dostrzegając pewne analogie, oraz pewną symbolikę, jaka kryje się za tymi wydawnictwami, uznałem, że najlepiej będzie uhonorować je we wspólnym artykule.
Pisanie recenzji płyt takich zespołów, jak Napalm Death to jak śmiganie po linie nad polem minowym. Niech ci się poślizgnie tylko noga, a już więcej jej nie zobaczysz... dlatego, że nie będziesz miał zarówno nogi, jak i oczu. Na szczęście po kilkukrotnym przesłuchaniu tego materiału mogę sobie po tym polu minowym przebiec spokojnie i śpiewająco, bez trzymania się w obawie za jaja. Dlaczego? Bo ten album jest po prostu cholernie dobry.
Wydawało się, że po ogromnej porażce "Darker Days Ahead" nikt już nie będzie próbował robić czegokolwiek pod nazwą Terrorizer. 6 lat po feralnym albumie Amerykanie postanowili jeszcze raz, w odmienionym nieco składzie, ruszyć tę wielką legendę muzyki ekstremalnej. Chociaż "Hordes Of Zombies" jest całkiem ok, to myślę, że nie będzie ryzyka w stwierdzeniu, że Terrorizer to tak naprawdę zespół jednej płyty. Nie oszukujmy się.
Dzieńdobry, dzisiaj zapraszam do nowego kornera w którym zamiar mam opisywać tylko i wyłącznie małe, krótkometrażowe wydawnictwa - czy to demówki, czy to EPsy czy splity, wszystkie one znajdą swoje miejsce właśnie w PanDEMOniuM (ta, wiem, inwencja w chuj dopisuje...). Niekoniecznie będą to wydawnictwa metalowe, ale tak się szczęśliwie lub nie złożyło, że obecna, pierwsza edycja ogranicza się tylko do tego nurtu. Mam nadzieję, że nie ma na co narzekać, bo i wśród takich miniaturek można znaleźć często i gęsto muzę o zajebistej jakości i o ciekawym (najczęściej takim z piwnicy szatana) brzmieniu. Postanowiłem, że będę najpierw opisywał kilka nowszych maluchów (niekoniecznie najświeższych, powiedzmy, że z kilku ostatnich lat) i jedno klasyczne, małe wydawnictwo o potężnych właściwościach kultowych, coby odkopać od czasu do czasu jakieś zapomniane perełki. No, to już nie pierdolę więcej tylko zapraszam dalej.
W poprzednim odcinku:
Passpartu z Fort Boyard osiągnął kolejny etap swojej ewolucji zamieniając się w Krasnobota i zabijając Danis Filthon, sprawcę morderczej zarazy, mutanta powstałego w wyniku nieudanego eksperymentu, w którym połączono Paris Hilton z Danim Filthem. Ginie również Mroczkorra, mutant, w rolę którego wcielili się bracia Mroczki . Ich postać nie odegrała jednak znaczącej roli (co w ich przypadku jest zupełnie normalne). W międzyczasie kontaktował się z nami Solidny Buchaj ostrzegając nas o jego planach na przyszłość. Ujawnia się również syn shadowa, a Bouli założył zespół, który nazwał Lulu i zaszokował świat muzyki. Paspartu, teraz jako Krasnobot, wyleciał na Księżyc zamieszkać z dinozaurami. Jeśli powyższy skrót wydaje Ci się sensowny i nie widzisz w nim nic dziwnego, możesz spokojnie czytać kolejny odcinek.
W Poszukiwaniu Solidnego Buchaja
Odcinek 7
Dead End
Nadszedł nowy rok. Całkiem niedawno wróciliśmy z imprezy sylwestrowej, która, trzeba przyznać, należała do tych najbardziej udanych...
W tej części, zgodnie z zapowiedzią przedstawiam moją ścisłą czołówkę 2011 roku. Będzie krótsza, więc nie musicie już tak marudzić, ze długie, że się wczytuje długo, że Wam kompy się spaliły, że Maciuś z Klanu rozjebał Wam klawiaturę... zapraszam!
Wreszcie, myślę, udało mi się ogarnąć podsumowanie dokonując trudnej selekcji z pośród setek płyt, jakie człowiek przesłuchał w tym roku. Efekt jest taki, że w moim podsumowaniu znajdziecie bardzo dużo tytułów, z których część na pewno znacie, a część będzie dla Was nowością. Ponieważ płyt wymieniać będę dużo, wobec tego, żeby oszczędzić Wam zanudzenia, ograniczyłem ich opisy do niezbędnego minimum. Oby to wystarczyło, by Was zachęcić. Ciekawe jest to, że jak sami zauważycie, albumów z tego roku wymienię naprawdę sporo, a za chuja nie przekładało się to na ilość wpisów (recenzji, poleceń, artykułów) na Soundbastards. No cóż, chuj z tym, nie Walduś?